
W KASZMIRZE (1986)

We wczesnej godzinie rannej na lotnisku krajowym w New Delhi zjawily się tlumy mezczyzn z teczkami, pewnie glownie urzednikow rzadowych lecacych ze zleceniami do roznych czesci kraju. Mialem treme, czy aby dolecimy do Ladakh, bo przekroczenia himalajskich szczytow nie bylo latwe i nieraz odwolywano te loty z powodu zlej pogody. Ale udalo sie! Po paru godzinach wysunelismy się z chmur i stopniowo schodzilismy w gleboka doline wsrod skalistych szczytow, aby wreszcie osiasc na raczej prymitywnym lotnisku miasta Leh, stolicy kraju Ladakh zamieszkalego glownie przez ludnosc tybetanska. Z przewodnika wytypowalem sobie gdzie mieszkac, a mianowicie w schronisku w poblizu miasta i tam dowiozla mnie taksowka.
Sympatyczna gospodyni-muzulmanka, zajmujaca się tkaniem dywanow, zaoferowala mi najladnieszy swoj pokoj wylozony dywanami, a takze zaprosila do kuchni, aby cos przekasic. W tej kuchni spedzalem potem dlugie wieczory rozmawiajac z pewnym trudem, ale okazalo się ze turystow takich jak ja bylo wiecej: przewaznie mlodzi bezrobotni z roznych krajow zachodnich, ktorzy gromadzili się co wieczor na plaskim dachu domu, aby podziwiac rozlegly widok i palic narkotyzowane papierosy. Bylo goraco, wiec trzymalem okno otwarte w nocy, ale balem się okropnego ryku jakiegos zwierzecia za oknem. Nie bylo to bez kozery bo pewnej nocy okazalo sie, ze jakies zwierze wskakiwalo przez okno kiedy tylko zasnalem i spalo smacznie niedaleko ode mnie, o czym przekonalem się ploszac je. Od tego czasu starannie barykadowalem okno.
Nastepnego dnia przede wszystkim poszedlem do banku, aby zmienic pieniadze, co okazalo się wcale nie latwe, gdyz byl wielki tlum glownie ludzi miejscowych, pchajacych się bezceremonialnie i my, turysci zagraniczni, bylismy zepchnieci na bok. Zywilem się w miejscowych bardzo prymitywnych restauracyjkach.
Co rano szedlem do miejscowego stoiska autobusow i ciezarowek, gdzie zawsze byl tlum i czekalo się z reguly pare godzin, aby zdobyc jakie takie miejsce i dojechac do ktoregos z licznych okolicznych klasztorow buddyjskich, gdzie wlasnie byly letnie widowiska, polegajace glownie na odgrywaniu roznego rodzaju legend. Ludzie pchali się do autobusow i ciezarowek jeden przez drugiego, ale bez jakiejkolwiek wzajemnej niezyczliwosci. Raz jechalem z bardzo milym mnichem na daszku ciezarowki nad kierowca i o malo co nie doszlo do wypadku, gdyz ciezarowka nagle skrecila na poboczne glazy cudem je omijajac. Tego mnicha potem odwiedzilem w jego klasztorze. Podobnie jak inni, sluzyl rada i pomoca mieszkancom okolicznych wiosek, a oni odwzajemniali się, zywiac mnichow.
Poza zwiedzaniem klasztorow i przygladaniem się widowiskom, takze poswiecilem czas aby zapoznac się z tamtejsza mala spolecznoscia chrzescijanska zalozona jeszcze w ubieglym wieku przez misjonarzy protestanckich z Niemiec, a kontynuowana juz wylacznie przez ludzi ludzi tamtejszych. Poza nabozenstwami w kosciele odbywano tez zebrania religijne w domach. Poznalem tam miedzy innnymi czlowieka odzianego na podobienstwo Chrystusa, ktory przywedrowal przez cale Indie az z wybrzezy ocenu indysjskiego aby po drodze nawracac mieszkancow miejscowosci, ktore po drodze odwiedzal. Byl boso i mial poranione stopy, ale ogolnie trzymal się dobrze. Bylo to spotkanie zgola niecodzienne, ktore mi gleboko utkwilo w pamieci.
Probowalem dotrzec az do granicy chinskiej, ale to okazalo się niemozliwe ze wzgledu na skoplikowana procedure uzyskania przepustki. Zaszedlem tez do miejscowej biblioteki, gdzie ksiazki lezaly w nieladzie, ale udalo mi się zapoznac z historia kraju Ladakh zamieszkalego od wiekow przez Tybetanczykow i juz od lat silnie obsadzonego przez wojska hinduskie, aby zabezpieczyc się zarowno od Chin jak i od Pakistanu. W czasie ubieglej wojny Chinsko-Indyjskiej spora czesc kraju zostala wcielona do Chin.
Spotykalem wszedzie zyczliwosc i goscinnosc, ktore mnie bardzo zjednaly. Jak juz wspomnialem, autochtoni mowili nieco po angielsku. Ogladalismy telewizje hinduska w obcym nam jezyku, jedlismy placki i popijalismy je tamtejsza herbata z mlekiem. Tez w prymitywnych restauracyjkach mozna bylo latwo nawiazac kontakt z ludzmi wokol. Miedzy innymi rozmawialem z rozwiedziona Amerykanka z Alaski, zyjaca w Indiach z malym dzieckiem, glownie dlatego, ze skromne swiadczenia pieniezne ze strony bylego meza na Alasce nie pozwalaly nawet na najecie jakiegokolwiek mieszkanka, a pobyt w Indiach okazal się tani. Zreszta w podobnej sytuacji byli mlodzi ludzie mieszkajacy w tym samym schronisku ze mna. Takze i dla nich tu bylo tanio i ciekawie.
Po paru tygodniach uroczego pobytu postanowilem przeniesc się do srodka Kaszmiru. Mialem zaplacony lot do Shrinigar, stolicy calego kraju. Niestety, lot odwolano i w tej sytuacji postanowilem jechac dwa dni w autobusie z noclegiem po drodze. Byla to wprost nieprawdopodobnie karkolomna jazda droga prymitywna zbudowana przez armie hinduska dla obsluzenia przygranicznych baz wojskowych. Podziwialem szofera, ze dal sobie rade i ze autobus nie stoczyl się do przepasci. Szczegolnie ryzykowne bylo wymijanie się pojazdow na waziutkiej i bardzo kamienistej drodze, ale udalo sie. Byla to moja najbardziej malownicza gorska podroz i pamietam miedzy innymi strach, gdy ciagle patrzylem na przepasc z jednej strony i skaly zawieszone nad nami z drugiej strony, a nedzny autobusik na kamienistej waskiej drodze w srodku. Nie wiem, czy mialbym odwage powtorzyc te sama podroz tym samym srodkiem lokomocji. Ale widoki byly wspaniale, a najwspanialszy byl ostateczny zjazd w doliny nasycone wybujala roslinnoscia - kontrast do kamiennej krainy, w ktorej dotad przebywalem.
W urocznej stolicy Kaszmiru, przytykajac do pieknego jeziora, zamieszkalem poczatkowo na łodzi, gdzie mialem spanie i jedzenie. Czas spedzalem ogladajac wszystko, co mozliwe ale takze rozmawiajac ze stosunkowo licznymi czlonkami spolecznosci chrzescijanskiej, ktora stworzyla miedzy innym dwie doskonale szkoly prywatne, katolicka i protestancka, do ktorej garnela się co ambitniejsza mlodziez. Miedzy innymi poznalem dwoch lekarzy pochodzenia tybetanskiego, ale chrzescijan. Pokazali mi oni szpital, w ktorym pracowali i gdzie nie bylo okien, bo wszystko miala zalatwic sztuczna klimatyzacja, ale nie bylo srodkow na jej utrzymanie. Jak wszedzie, rodziny same musialy zajmowac się chorymi dostarczajac im zywnosc a nawet wykonujac rozne funkcje pomocnicze. Rodziny te sypialy na dworze obok szpitala. Obaj lekarze mieli klopoty z gotowka (awans byl za lapowke) jak rowniez ze znalezieniem sobie zon-chrzescijanek. Zdezelowany sprzet medyczny byl takze istotnym problemem. Na przyklad lekarz przeswietlajacy mozg byl sam bardzo narazony na promieniowanie z nadpsutego aparatu. Poznalem tez studentow z Afganistanu, ktorzy studiowali na tamtejszym uniwersytecie. Jeden z nich zaprosil mnie do domu studenckiego, a nawet chcial mnie w nim umiescic na pobyt. Ja jednak nie skorzystalem z tej okazji, a zamieszkalem na dluzej w hoteliku wskazanym mi przez niego, gdzie bylo mi jednak lepiej niz na łodzi. Okazalo się ze, jej wlasciciel nie odstepowal mnie, bo liczyl, ze z kazego ewentualnego zakupu przeze mnie czegokolwiek otrzyma sowita nagrode. Poza tym okazalo się, ze podawal mi jedzenie na talerzach mytych blisko klozetu, co spowodowalo u mnie biegunke.