
WSPOMNIENIA

Gdy pracowalem na przelomie lat czterdziestych i piecdziesiatych w zakladzie wydawnictw Min. Pracy i Opieki Spolecznej robilo się coraz gesciej politycznie. Moj przelozony, byly polski dyplomata, byl tylko w Stronnictwie Demokratycznym, a to za malo w ówczesnej dobie. Minister z PPS go lubil, ale z pepeerowskimi dyrektorami departamentów mial ciezkie zycie, gdyz minister dal mu odgórny nakaz wyegzekwowania od nich artykulów, a oni wykrecali się sianem, nie chcac na pismie deklarowac się tak lub inaczej. Jeden z nich nawet wyciagnal rewolwer i wygnal go za drzwi. Jeszcze w dodatku redaktor byl ozeniony z Francuska, a to wtedy wystawialo na podejrzenie kontaktów z obcymi dyplomatami. Mielismy ciagle szkolenia, na które musialo się chodzic i powtarzac w kólko te same slogany.
Bylem przeto szczesliwy, gdy znalazlem sobie inna posade w Instytucie Budownictwa Mieszkaniowego, gdzie uczestniczylem w ankietowaniu mieszkanców nowych osiedli co do uzytkowania przestrzeni mieszkalnej oraz urzadzen osiedlowych, których zreszta bylo niewiele. W dodatku brakowalo ogródków i komórek gospodarczych, gdzie mozna byloby trzymac króliki, kury itd. To zwlaszcza doskwieralo ludziom ze wsi. Wyjezdzalismy grupowo w teren ankietowac mieszkanców w ich dawnych i nowych miejscach zamieszkania, co bylo w miare interesujace, chocby ze wzgledu na radosc ludzi z mieszkania osiedlowego, wprawdzie bardzo ciasnego ale nowego. Wazne bylo tez dla nas czy i jak dalece nowi mieszkancy korzystali z urzadzen osiedlowych, których zreszta bylo niewiele. Jedna z bolaczek byl niedostatek pracy zarobkowej dla kobiet, niezbednej aby uzupelnic skromne mezowskie zarobki.
W naszym warszawskim miejscu pracy wszyscy bylismy zgrupowani w jednym duzym pokoju, w ktorym panowal nieustannie halas, glownie z powodu uporczywej gadaniny jednej z naszych kolezanek. Nawet instytutowy sekratarz PZPR siedzial z nami, tez zreszta glosno gadajac. Przed kazdym rozdzieleniem premii on nas buntowal przeciw dyrekcji, ale cichl gdy zapewne przekupiono go jakas niezla sumka. Dopiero duzo pozniej pozwolono nam ostatecznie chodzic na dluzej do biblioteki z nasza praca, gdzie bylo znacznioe spokojniej. W Instytucie bylo sporo dobrych fachowców, z którymi dyrekcja musiala się liczyc. Ogolnie mam przyjemne wspomnienia z tego miejsca pracy, choc biurokratyczny duch panowal tam jak wszedzie indziej. Wazne, ze gdy dostalem amerykanskie stypendium nie robiono mi trudnosci z wyjazdem. Stosunki kolezenskie i sluzbowe byly znosne glownie ze wzgledu na autorytet zawodowy naszej szefowej. Mielismy przez jakis czas przykrego kadrowca, ktory miedzy innymi napastowal co przystojniejsze sekretarki, ale dyrekcja potrafila pozbyc się go dosc gladko. Jego marzeniem bylo wykryc wsrod nas amerykanskiego szpiega, co pozwoliloby my zrobic ubowska kariere. Ostatecznie zniknal jak sen mara.
W pierwszej polowie lat piecdziesiatych spotykalem się mniej lub bardziej regularnie z moimi rowiesnikami znanymi mi jeszcze ze studiow. Dyskutowalismy biezaca sytuacje, czytalismy rozne ksiazki polskie lub obce. Chyba najbardziej aktywny byl wsrod nas Czeslaw Czapow, pedagog, ktory razem z S. Manturzewskim zajmowal się mlodzieza przestepcza i pisal o niej. Okazalo się z czasem, ze bylismy zdalnie obserwowani przez UB i zaczeto przesluchania. Miedzy innymi moj sledczy usilowal mi wmowic, ze chcielismy najac samolot aby rozrzucac z niego ulotki wzywajace gornoslaska klase robotnicza do powstania przeciw komunie. Byl to pomysl zupelnie absurdalny, ale gdyby nie czystka odgorna w UB pewnie bylby z tego proces pokazowy. Potem Informacja Wojskowa powolala do zycia Klub Krzywego Kola i niedlugo pozniej on usamodzielnil się, stajac się platforma wolnej dyskusji krytycznej na temat co dzialo się w kraju i jakie moglyby byc sposoby demokratyzacji oraz uzdrowienia gospodarki. Ja jak pamietam referowalem miedzy innymi sprawy budownictwa mieszkaniowego oraz biurokracji. Co do tego ostatniego tematu mialem trudnosci przekonania kolegow klubowych (miedzy innymi byli wsrod nich Jan Olszewski i jego zona) i kolezanek, ze biurokracja to zjawisko znacznie szersze niz li tylko sowiecki komunizm. Po powrocie z USA, gdzie bylem niemal dwa lata, zastalem sytuacje zupelnie inna niz przedtem, a wiec przede wszystkim znaczna swobode intelektualna. Zatrudnilem się w Instytucie Bezpieczenstwa i Higieny Pracy, ale trudno mi bylo znalezc wspolny jezyk z dyrektorem wysoko ustosunkowanym partyjnie i bacznie dbajacym, abym się nie wychylil w czymkolwiek.
Prof. S. Ossowski, u ktorego bylem juz od lat doktorantem, sprokurowal mi prace w Uniwerytecie Warszawskim, w katedrze socjografii prof. S. Nowakowskiego, z ktorym bylem zreszta przez caly czas w dobrych stosunkach. Nie mialem trudnosci z publikowaniem moich prac z dziedziny socjologii pracy i zarzadzania. Wiele uczylem nie tylko studentow, lecz tez praktykow przemyslowych, wyjezdzalem na wyklady za granice. Byl to chyba najbardziej tworczy okres mojego zycia, ktory zawdzieczalem w znacznej mierze wiedzy zyskanej w USA.
Jednak w poznych latach 1960-tych atmosfera politycznie zagescila sie, wystawiony bylem na niechec upartyjnionych kolegow i przelozonych, wiec gdy nadarzyla się okazja wyjechalem razem z rodzina na kontrakt w Zambii. Tam paradoksalnie od razu narazilem się mojemu uniwersyteckiemu przelozonemu, komuniscie brytyjskiemu a jednoczesnie synowi bogacza. Zaczelo się od tego, ze on mnie przyjal na poczatek do swego domu, a ja w niedziele poszedlem jak zwykle na msze, zreszta celebrowana przez polskiego misjonarza. Przelozony kazal sobie wybudowac wille w bardzo biednej dzielnicy aby byc blisko ludu, a ten lud zobaczyl jego goscia, to znaczy mnie, wlasnie w kosciele, co z punktu widzenia mojego gospodarza bylo dla niego wrecz kompromitacja. Dlugo mi nic na ten temat nie powiedzial, ale duzo pozniej wybuchnal na mnie niechecia i ideologiczna pogarda. Bylo tam cale grono komunistow, a jeden z nich nawet stal się moim przyjacielem, mimo gruntownej roznicy pochodzenia i swiatopogladu. Inny znajomy, tez zydowskiego pochodzenia jak obaj poprzedni, byl chinskim agentem i knul usuniecie prezydenta Kaundy na rzecz jego zastepcy zdecydowanie prochinskiego (w tym czasie Chiny budowaly dla Zambii linie kolejowa). Armia zambijska bylo szkolona przez Anglikow i ten agent wraz ze swa rodzina musieli natychmiast opuscic Zambie. Bylo to zreszta juz po naszym wyjezdzie.
Jak dzis patrze na lata wstecz mialem wiecej szczescia niz rozumu, ze uniknalem takich zaangazowan, ktorych potem przyszloby mi wstydzic sie. Zawdzieczam to w duzej mierze dobrej i solidarnej ze mna zonie, dla ktorej zreszta osiedlenie się nas na stale za granica (na co zdecydowalismy się po tragicznych wypadkach w Czechoslowacji 1968-tego roku) oznaczalo koniec jej zawodowej kariery jako historyka (w Kanadzie mogla ja kontynuowac tylko szczatkowo).
Do dzis wspominam bardzo mile i uzytecznie moja aktywnosc szkoleniowo-konsultacyjna w Polsce, ktora zreszta kontynuowalem w Polsce wyzwolonej uczac w Uniwersytecie Szczecinskim, Francusko-Polskiej Szkole Informatyki i Telekomunikacji, Politechnice Gdanskiej i wyrywkowo w innych uczelniach. Rzady komuny zabraly mi wolna spoldzielczosc, gdzie mialem zamiar spedzic cale moje zycie zawodowe, ale przez okres 1959-1968 mialem duze mozliwosci wydawnicze, ktore zreszta w calosci wykorzystalem i musze przyznac, ze cenzura malo wtracala się w to, co pisalem nawet w odniesieniu do wiedzy amerykanskiej. Znacznie gorsza byla gotowosc niektorych upartyjnionych kolegow do podstawiania mi nogi i faktycznego utracenia mojej ewentualnej profesury. Ale z drugiej strony gdyby nie oni, to nie szukalbym szczescia w Zambii i Kanadzie. Zglosilem ochote powrotu na Uniwersytet Warszawski, ale tam odmowiono rewizji wyrzucenia mnie w 1968-tym roku, w trakcie udzielonego mi urlopu.
Gdy jezdze od czasu do czasu do Polski wspominam szczegolnie serdecznie mojego mistrza (mimo zasadniczej naszej roznicy ideologicznej) Jana Wolskiego, ktory nie doczekal się konca komuny skrupulatnie niweczacej jego smiale plany uspoldzielczenia pracy najemnej. Niestety takze i dzis brak jest zrozumienia dla autentycznego uspolecznienia pracy w postaci samorzadnych instytucji nastawionych sluzebnie w stosunku do klientow a partnersko w stosunku do personelu pracowniczego.