
PRZEŁOŻENI

Warto kazdemu z nas zastanowic się, jakich mielismy w zyciu przelozonych i jak dalece, pozytywnie lub negatywnie, oni na nas wplyneli. Uzyje wlasnego przykladu dla zachecenia do podjecia takiej wlasnie analizy.
W dziecinstwie w domu bylem glownie pod rzadami babki, gdyz oboje rodzice byli zajeci praca zawodowa i to nie zawsze w miejscu stalego zamieszkania. Babka byla nieco zgorzkniala ze wzgledu na swoje trudne zycie: miala siedmioro dzieci, z ktorych czworo zmarlo w dziecinstwie. Zyla z nauczania jezyka francuskiego, gdyz na mezu, nauczycielu laciny i greki, nie bardzo mogla polegac. Byla prawa i tego tez wymagala od otoczenia, lacznie ze mna. Mam w pamieci jak najlepsze wspomnienia o niej i podaje ja nieustannie za przyklad, co czasem nieco irytuje moja zone. Sceptycyzm tez chyba zawdzieczam babce, ktora nie byla skora do zachwytow i zachowan teatralnych, przeciez dosc mocnych w naszej narodowej obrzedowosci. Babka byla religijna ale nie na wynos.
Do nauczycieli mialem na ogol szczescie, choc byli wsrod nich tez tacy, ktorzy mnie bardzo nie lubili. Gdy w okolicy gorskiej dokad mnie rodzice wyslali w celach leczniczych, na Huculszczyznie, zabraklo polskiej szkoly, chodzilem do ukrainskiej, jednoklasowej, ale nasza nauczycielka mnie zdecydowanie nie lubila i to nawet okazywala. W innych szkolach naogol nie mialem klopotow. W Krościenku nad Dunajcem gdy rozgniewana przez niesforna klase nauczycielka bila wszystkich linijka po dloni, to i mnie się dostalo, z czego bylem zreszta dumny, ze mnie nie potraktowala inaczej niz reszte. W gimnazjach na Gornym Slasku, ktore zmienialem zaleznie od miejsca osiedlenia rodzicow, mialem roznych nauczycieli. Jeden z nich, Żyd-matematyk, byl bardzo zdolny, ale zupelny "abstrakt"; nieraz tasiemki kalesonow wlokly się za nim. Byl dla mnie przykladem pochloniecia zawodem, co zreszta tez przez cale zycie charakteryzowalo mojego ojca, a po czesci tez i matke prawniczke, zreszta piszaca do prasy na rozne tematy literackie, a nawet poetyckie. Ojciec tez sporo pisywal, ale wylacznie na tematy techniczne. Zreszta za czasów komuny zmienil prace, gdy partyjny szef podpisywal jego artykuly wlasnym nazwiskiem.
Najlepiej pamietam moich nauczycieli uniwersyteckich. Niektorzy z nich byli niewatpliwie wybitnymi myslicielami, do tego bardziej przyjemnymi w obcowaniu od mniej lub bardziej nijakiej reszty. Gdy studiowalem w Krakowie geografie profesor Romer i inni chodzili z nami czesto na wycieczki w okolice podkrakowskie, co bardzo przyjemnie wspominam. Podobnie zreszta, ale juz nie tak intensywnie, bylo na studiach etnograficzno-socjologicznych. Gdy przenioslem się z Krakowa do Warszawy, mielismy z naszymi profesorami wiele spotkan towarzyskich, a niezaleznie od tego nieraz spotykalismy się we wlasnych gronach studenckich. Uwazam, ze to wlasnie laczenie zdobywania wiedzy z dyskusjami przy winie i ciastkach jest bardzo wskazane, o ile nie doprowadza do nazbyt duzej poufalosci. Profesor upijajacy się i polujacy na studentki, to jest cos, co zawsze mnie bardzo razilo.
W instytucjach typu urzedniczego, w ktorych spedzilem tez pokazna czesc zycia za komuny, bo socjologia na uniwersytecie zostala zamknieta, z malymi wyjatkami, nie wspominam przelozonych najlepiej, ale swoja droga byli oni sami ofiarami wszechpoteznej biurokracji, zniewalajacej wszelka indywidualnosc. Chodzilo glownie o wymuszenie posluszenstwa, a nie o jakies tworcze rezultaty. Mieszanina sloganow z realizacja odgornego planu nie pozostawiala dosc szerokiego marginesu na jakakolwiek tworczosc. Wspomne, ze o tworczysci opublikowalem prace przetlumaczona i wydana takze po rosyjsku. Kiedy moglem i jak moglem uczylem się angielskiego, aby czytac interesujace mnie ksiazki z innego swiata. Sporo rozmawialem z przyjaciolmi, z ktorych czesc niestety tez ulegla stereotypom. Niektorzy moji przyjaciele i rozmowcy wpadli w szablon nieustannego wyklinania komuny, co ostatecznie nie wnosilo nic nowego poza chwilowym wyzyciem emocjonalnym. Byli tez i tacy, ktorzy przywykli mowic inaczej w kazdym gronie, a co gorzej donosic na innych, jesli to bylo korzystne dla ich wlasnej kariery.
Trzeba wiec bylo byc bardzo powciagliwy w tym, co się mowilo, do czego przywykalem z duzym trudem, gdyz zawsze korcilo mnie mowic nie pod publiczke, ale byc samym soba. Nieraz widzialem ludzi, ktorzy marnowali wlasne talenty tylko dlatego, ze za wszelka cene zalezalo im na zrobieniu dobrego wrazenia. Inna rzecz to niesystematycznosc w tym, co się robi, ciagle rozbieganie, niekonczenie rozpoczetych zadan aby rzucic się do innych. Jeszcze inny problem, który dal się zauwazyc - to nadmierna samocenzura prowadzaca wrecz do mrukliwosci. Byli tez w moim otoczeniu ludzie przezarci ambicja osobista i wrecz odchorowujacy to, ze innemu cos udalo się lepiej. We wszelkiej biurokracji szablon tlumi odmiennosc i ludzie czesto po prostu boja się byc samodzielni w mysleniu i dzialaniu, a przy tym z luboscia dostosowuja bezwzglednie wszystko do szablonu. Mialem sporo tego rodzaju przelozonych, ale na szczescie jeszcze wiecej pracowalem pod kierunkiem ludzi myslacych zgola inaczej, to znaczy chroniacych siebie i podwladnych przed zbytnim narazeniem sie, ale jednoczesnie pozwalajacych na jaka taka swobode. W PRL-u na szczescie czesciej niz gdzie indziej pod komuna, rzady tak zwanych personalnikow byly stosunkowo krotkie. Lekcewazenie formalnych ograniczen stalo się wrecz narodowym sportem, np. przekraczanie zakazów, nawet lacznie z czestym chodzeniem do toalety.
Do dzis jestem wdzieczny moim bylym przelozonym, ze nie tepili mnie za czytanie ukradkiem angielskich lub niemieckich tekstow, nie szaleli na punkcie dyscypliny pracy, a nawet niekiedy wrecz zachecali do samorozwoju. Nawet za stalinizmu tak zwane szkolenie ideologiczne bylo jako tako znosne i upartyjnieni wykladowcy nieraz jakby wstydzili sie, ze musieli nam wtlaczac do glowy propagande. Pod tym wzgledem w PRLu bylo rzeczywiscie lzej niz w innych krajach komunizmu sowieckiego, nie mowiac juz o komunizmie chinskim