
PRZYJACIEL/PRZEŁOŻONY

Poznalem go przez jednego z moich ulubionych mistrzow, spoldzielce Jana Wolskiego, ktory w okresie miedzywojennym propagowal zakladanie spoldzelni pracy, a zaczerpnal te idee ze swoich studiow rosyjskich i ukrainskich arteli, jak rowniez wloskich spoldzielni robotniczych do czasu tolerowanych przez faszystow. Wolski byl pelen dobrych pomyslow, ale potrzebowal oprzec sie na ludziach bardziej praktycznych i realistycznych jak on sam, a jednym z nich byl Juliusz B., o ktorym tu bedzie mowa. Byl to prawnik i ekonomista, majacy spore doswiadczenie zawodowe jako sedzia.
W czasie Drugiej Wojny Swiatowej byl w AK w lasach Janowskich i tam zgarnela go partyzantka sowiecka, przesylajac wraz z innymi jencami samolotem do Moskwy z lotniska dobrze ukrytego przed Niemcami, ktorzy wowczas te lasy otaczali. Zwabiono polskie dowodztwo jakoby dla omowienia wspolpracy przeciw Niemcom, a w rzeczywistosci chodzilo o cos zupelnie innego, jak Juliusz przekonal sie przebywajac wiele miesiecy w celi glownej kwatery wywiadu sowieckiego. Mianowicie chodzilo o bardzo dokladne rozeznanie sie w stylu zycia i myslenia ludzi wchodzacych w sklad kierownictwa polskiego ruchu podziemnego.
Ludzie prowadzacy sledztwo interesowali sie wlasciwie wszystkim: od kontaktow towarzyskich, spotkan, rodzaju ubran wizytowych, a skonczywszy nawet na tajnikach gry w bridza. Przy czym aby zmusic do zeznan stosowano rozne sposoby. Na przyklad Bobrownicki spedzil duzo czasu w tak zwnaych celach smierci osadzony tam z roznymi ludzmi, ktorych juz wyznaczono do oddzialow karnych, gdzie przezycie mialo minimalna szanse, albo byli juz przeznaczeni na bezposrednie stracenie. Juliusz bardzo interesujaco opisal tych wlasnie ludzi w tekscie, ktory mi udostepnil pod wielkim zaufaniem. Byla tam na przyklad postac sowieckiego oficera wywiadu w Chinach, ktory nie zorientowal sie w pore, ze jego raporty byly niezgodne z tym, co sam Stalin osadzil o sytuacji. W rezultacie wezwano go do Moskwy i tam osadzono na smierc jako szpiega amerykanskiego. Kierownika fabryki zbrojeniowej, ktorego czegos nie zrobil tak jak chcieli przelozeni, postawiono przed wyborem miedzy obozem pracy na dalekiej polnocy lub odzialami karnymi na froncie.
Juz samo obcowanie Juliusza z tymi ludzmi mialo go zmiekczyc, co zreszta z czasem stalo sie. Nie majac innego wyjscia podpisal akt wspolpracy, ktory zreszta byl powszechnie stosowana formalnoscia. Udalo mu sie wrocic po wojnie do kraju i tam znalazl swa zone, z ktora mial corke (dwoje innych dzieci umarlo w czasie okupacji niemieckiej).
Pracowalem z nim na Wybrzezu tworzac duza, parotysieczna spoldzielnie pracy robotnikow portowych). Chodzilo o to, aby ta spoldzelnia miala spory samorzad wewnetrzny oparty na samodzielnych zespolach pracowniczych, co zreszto jest obecnie modelem dosc modnym w wielu fabrykach zachodnich w nawiazaniu do tradycji japonskiej (obecnie ta moda zaczyna nieco blednac, gdyz nie mozna potraktowac tego rozwiazania jako wszedzie i zawsze pozytywnego).
My studenci bylismy praktykantami ze Studium Spoldzielczego UJ a Juliusz nami kierowal z ramienia centrali spoldzielczej, ktorej byl funkcjonariuszom. Pamietam pierwsza noc w barakch portowych przy dzwiekach muzyki, bo wlasnie miala zaczac sie zabawa opodal naszego baraku. Bylem zmeczony dluga podroza z Krakowa pociagiem i szybko zasnalem, ale zbudzilo mnie jak gdyby trzesienie ziemi. Caly nasz barak ruszal sie gwaltownie pod uderzeniami z zewnatrz. Moi koledzy juz skulili sie pod sciana wewnetrzna i ja szybko do nich dolaczylem. Okazalo sie, ze to pijani uczestnicy zabawy wykorzystali zewnetrzna sciane naszego baraku aby rozprawiac sie jeden z drugim. Rano szybko poszukalem sobie miejsca w domu akademickim na przedmiesciach Gdanska i tam przenioslem sie.
Nasz ambitny projekt samorzadowy szedl niezbyt dobrze, gdyz zarzad spoldzielni byl z klucza partynego: polowa z PPR i polowa z PPS. Ich obchodzilo glownie jak jeden drugiego przechytrzy i bynajmniej im nie zalezalo na tym, aby uszczuplic wladze "dyrekcji" na rzecz samorzadu pracowniczego. Zreszta niedlugo potem faktycznie spoldzielnie przeksztalcono na przedsiebiorstwo panstwowe i caly nasz wysilek skonczyl sie na niczem. A przeciez nasze plany byly ambitne: przede wszystkim chodzilo o zabezpieczenie dostatecznego zasobu robot zastepczych, w zwiazku z wielka i nieprzewidywalna wielka fluktuacja przeladunku w porcie. Robotnicy zamiast czekac bezczynnie na robote przeladunkowa byliby zajeci okresowo gdzie indziej, glownie w robotach budowlanych. Wprawdzie za gotowosc do pracy placono, ale zarowno pracodawca jak i robotnicy mieliby sie lepiej majac na podoredziu jakies inne zajecie (to zreszta moze tez zmniejszyloby pijatyke).
Po rozgromieniu niezaleznej spoldzielczosci Juliusz tułał sie przy roznych innych zajeciach: byl czasowo inspektorem Glownej Izby Kontroli Panstwa, itd. Wszedzie przeszkadzala mu jego niezalezna postawa i traktowanie na serio wszystkiego, do czego bral sie z pasja i poswieceniem, a przy tym z duzym i wszechstronym doswiadczeniem. Ostatnia jego inicjatywa bylo zalozenie spoldzielni nowatorskich technik budowlanych, z ktora zreszta mial nowe klopoty. Glowny nowator okazal sie czlowiekiem tworczym, ale niepraktycznym, oczekujacym dla siebie zbyt duzo z czegos, co wymagalo dlugotrwalego wyprobowania i cierpliwosci. Ostatnie moje spotkanie z Juliuszem na ulicy ujawnilo mi niedwuznacznie, ze byl w posepnym nastroju. Gdy spytalem o przyczyne, powiedzial, zastrzegajac tajemnice, ze Moskwa upomniala sie o niego, przypominajac podpisane zobowiazanie. Bardzo niedlugo potem Juliusz umarl na atak serca.