
LUDZIE TRUDNI

Sa ludzie wprost nieznosni i bywa utrapieniem przebywac z nimi: gadaja bez przestanku tak, ze nie da sie wstawic samemu jakiegokolwiek slowa, nie licza sie z cudza cierpliwoscia i czasem, uparcie wierca w innych dziure przekonywujac nie tyle argumentami, ile powtarzaniem w kolko tego samego, nieustannie zaznaczaja swoja rzekoma wyzszosc i lepsza znajomosc danego przedmiotu, niecierpliwia sie, jesli rozmowca nie jest gotow przytakiwac im bez konca i godzic sie z ich rownorzedna rola. To wszystko moze miec bardzo rozne przyczyny: wlasna niepewnosc tlumiona usilowaniem zmiazdzenia wszystkiego co przeciwne, zle wychowanie, negatywny przyklad wziety od rodzicow, dlugie przebywanie pospolu z podobnego rodzaju typami, obsesja aby zawsze miec ostatnie slowo albo nawet jedyne slowo, glebokie przekonanie o slusznosci swej sprawy albo co najmniej usilowanie przekonac siebie samego ze jest sie bardziej od innych doskonaly, rozumny, wnikliwy, wyksztalcony"
Duzo w tym wzgledzie zalezy od kultury danego srodowiska: tam gdzie obowiazuja normy dobrego wychowania naogol ludzie nowi chcac nie chcac musza dostosowac sie i porzucic zle obyczaje przyniesione skadinad
W moim zyciu utkwili mi szczegolnie w pamieci niektorzy gaduli, z ktorych pierwszy byl moim wieloletnim kolega ze studiow uniwersyteckich, z ktorym mialem kontakt az do jego smierci. Jak sie potem okazalo, jego przelozony i wieloletni przyjaciel nobliwego pochodzenia byl regularnym donosicielem dla UB. Jak zwykle z gadulami, zaczynalo sie od normalnej rozmowy, ktora nastepnie nieuchronnie przechodzila w monolog, do ktorego nie mozna bylo wtracic ani slowa, gdyz rozmowca stawal sie pochloniety calkowicie samym soba i niemalze tracil kontakt z rzeczywistoscia: wił sie wsrod wlasnych mysli.
Trzeba przyznac, ze w tym przypadku te mysli byly ciekawe i zajmujace - tyle ze oderwane od rzeczywistosci, gdyz moj przyjaciel byl w gruncie rzeczy bardzo niepraktyczny. Cos bylo w tym, ze jego matka, pani z przedwojonnych wysokich sfer towarzyskich, panowala nad swoim jedynym synem i on wprawdzie nieustannie probowal wyrwac sie z pod jej kurateli, ale w gruncie rzeczy ciagle pozostawal pod jej urokiem. Ona byla osoba bardzo niezalezna, wolnomyslicielka, majaca dosc cyniczny obraz ludzi, lotna umyslowo, ale jednoczesnie nieraz zmieniajaca swe stanowisko. Zabawne bylo dla nas, przyjaciol jej syna, patrzec jak po pewnym czasie jej syn wczesniej czy pozniej przyjmowal stanowisko matki. Ona miala rozne plany co do jego przyszlosci ale niestety byly one zmienne i w rezultacie jej syn w swej karierze zawodowej byl dosc rozkojarzony - co zreszta bylo odblaskiem tego, co dzialo sie z Polska od lat piecdziesiatych az po dziewiecdziesiate. Stanowczosc, cynizm i dowcip matki odbijal sie posrednio na sylwetce syna, czlowieka zreszta z gruntu poczciwego.
Kiedys jego matka opowiedziala mi cos ze swego zycia przedwojennego: zmienila meza, byla zauroczona nowym i aby jak najpredzej byc znow z nim skrocila niespodziewanie swoj pobyt w Paryzu. Otworzyla wczesnie rano kluczem warszawskie mieszkanie i... zastala meza spiacego z jej najblizsza przyjaciolka. Poszla do kuchni, zrobila cichutko sniadanie dla meza, weszla z taca cichutko, postawila tace juz glosno na krzesle przy nim i gdy obudzili sie oboje wystraszeni powiedziala do niego spokojnym i slodkim glosem: masz sniadanie, zjedz i zaplac tej pani...
Byla faktycznie duza roznica usposobien miedzy synem i matka: on bronil przed nia swej samodzielnosci, ale w rzeczywistosci jej nieustannie ulegal, co bylo w jego zyciu dosc dramatyczne. Wyzywal sie w monologach, ktoresmy wysluchiwali z duza ciekawoscia, ale w nich nieraz oddalal sie za bardzo od wszelkiej rzeczywistosci, ktora zreszta byla na tyle ponura wowczas, ze wszyscy laknelismy chciwie chocby okresowego oddalenia sie od niej. On nawet nie gniewal sie na nas, jesli z byle pretekstu opuszczalismy go majac inne pilniejsze sprawy do zalatwienia, anizeli jego teoretyczne rozwazania.
Drugi gadula to byl kolega z miejsca pracy i mial zlowieszcza istote: ciagle mnie naciagal na spotkania przy kawie lub na wspolny maly posilek, przy czym zawsze bardzo narzekal na rzekomo zbyt niski poziom intelektualny i moralny naszych wspolnych kolegow. On tez narzekal na wlasna rodzine, a zwlaszcza na zone, ktorej potem pozbyl sie tak sprytnie, ze nawet stracila prawo do widywania wspolnych dzieci. Duzo potem doszedlem do przekonania, ze celowo nabieral mnie na krytyczne opinie, aby nastepnie doniesc na mnie do wspolnego przelozonego. Co do zony to niby radzil mi sie, ale chyba w gruncie rzeczy bardzo umiejetnie posrednio sugerowal mi taka rade, ktora miala li tylko logicznie doprowadzic mnie do sadu, ktory sam juz z gory powzial. Byl w nim swojego rodzaju satanizm i gral w ciuciubabke nie tylko ze mna, ale wlasciwie ze wszystkimi wokol. Ostatecznie odszedl gdzie indziej i na szczescie przestalem byc przez niego omotany i manewrowany. Jestem dzis przekonany, ze faktycznie nigdy nie byl do mnie przyjazny, a moze nawet wogole wszyscy ludzie wokol byli traktowani przez niego jako swoiste kukielki.