
MARKOTNOŚĆ

Przede wszystkim nie trzeba zbyt duzo oczekiwac w czymkolwiek, ale z drugiej strony nie oczekujac niczego tracimy z gora smak zycia i plawimy sie w pustce stworzonej przez nas samych zupelnie niepotrzebnie i bez uzasadnienia. Markotnosc jako program zyciowy to zupelne nieporozumienie, wrecz zaprzeczajace sensowi ludzkiego bytu; co wiecej, bedac stale markotni, niejako obrazamy to, do czego jestesmy stworzeni. A jednak spotyka sie w zyciu mnostwo ponurych twarzy i zawiedzenia zaprzeczajacego nieustannie zasadzie ze jak sie nie ma co sie lubi to sie lubi co sie ma.
Powodz wspolczesna rozwodow, lub conajmniej rozlak, to jest rezultat wlasnie nazbyt wysokiej poprzeczki, ktora sobie i innym stawia sie przy kazdej okazji. Oczywiscie, gdy oczekujemy zbyt malo albo wprost nic, to tez bardzo zle, bo zniechecamy do zycia zarowno siebie samych jak i nasze otoczenie. A poco wlasciwie zyc, jesli za nic nie chcemy zdjac czarnych okularow?
Pamietam z mlodosci, ze mialem szczescie wlasnie do markotnych dziewczat, ale na szczescie ustrzeglem sie ich, bo byloby mi potem stale smutno. Obnoszenie wokol i w stosunku do wszystkich smutnej winy, to jest po prostu grzech.
Swiadomie unikalem w zyciu wszelkich gron o smutnych twarzach, a w dodatku pozbawionych ladnych kobiet. I slusznie, bo gdzie juz same twarze zniechecaja do zycia, tam nie ma przyszlosci, a tylko same klopoty i postekiwania. Lepiej z wesolymi stracic, niz z ponurymi zyskac. Przywyknac mozna zarowno do marotnosci, jak i do wesolosci. Samoudreczenie przenoszone jedno na drugiego czy to w malzenstwie czy w szerszym zyciu spolecznym to jest po prostu grzech, a co najmniej gwarantowany niewypal.
Zawsze unikalem takich sytuacji gdzie mialbym zadreczac siebie i innych w imie jakoby jakiejsc slusznej sprawy i slusznie zrobilem, bo z tego na dluzsza mete nic nie wychodzi. Nawet asceza religijna niweczy sama siebie, jesli nie wynika z milosci Boga a z checi wymuszenia na Nim tych lub innych swiadczen na nasza lub cudza rzecz. Prawda, ze nie jestesmy stworzeni li tylko dla naszej przyjemnosci i sukcesu, ale tez nie mozemy szantazowac Stworce tylko dlatego, ze nam dzieje sie nie dosc dobrze. Obnoszenie swej ciagle smutnej twarzy to niejako obrazanie losu, ze nie jest taki, jakim chcielibysmy go miec. Pogoda duchowa obowiazuje nas wszystkich, na przekor roznym przeciwnosciom, gdyz zawsze znajdzie sie cos, z czego mozemy cieszyc sie, nawet w najwiekszych strapieniach.
Przede wszystkim trzeba sie wystrzegac stanow wszechwladnego strapienia, ktore moga nami owladnac. Juz samo obnoszenie publicznie skrzywionej twarzy jest nietaktem towarzyskim, zwlaszcza gdy nie ma sie ku temu naprawde istotnego powodu. Oczekiwanie od innych nieustannego wspolczucia nie swiadczy dobrze o czlowieku, ktory ostatecznie powinien sam dawac dobry przyklad innym, jak przezwyciezac trudnosci zyciowe. Keep smiling! To jest jedna z podwalin powodzenia Amerykanow, ktora zreszta im niezmiernie pomaga w osiaganiu jakiego takiego sukcesu zyciowego. Mozna zgodzic sie z nimi, ze obnoszenie publiczne swojej jakoby krzywdy i zawodu jest czyms zgola niesmacznym i swiadczy o zlych manierach osobistych. Co innego radzic sie poufnie, jak zaradzic temu lub innemu strapieniu, a co innego reklamowac zbolala twarza swe rzekome krzywdy.
Sa zebrania, na ktorych ludzie maja miny jak na uroczystosci pogrzebowej, a to przeciez tylko po prostu takie lub inne zebranie organizayjne. Co wiecej, toleruje sie wypowiedzi niepotrzebnie zjadliwe, natarczywosc, pomowienia i nawet obelgi. Oczywiscie, jest obowiazkiem przewodniczacego zebrania dbac o kulture i rzeczowosc, ale to nie zawsze jest zapewnione, zwłaszcza gdy sam przewodniczacy wplata sie w klotnie na sali. Utrzymanie dobrej atmosfery jest na tyle latwiejsze, na ile osoba przwodniczaca ma sama poczucie humoru i potrafi dzieki niemu rozladowac atmosfere, nie traktujac nazbyt powaznie tego, co na powage po prostu nie zasluguje.