
WOJNA...

Wojna oczywiscie uderzyla moja rodzine. Ojciec-inzynier technolog mial bardzo dobra prace w Wspolnocie Interesow Gorniczo-Hutniczch i oczywiscie ja stracil, matka wlasnie stala sie uprawniona pierwsza kobieta-adwokatem na Gornym Slasku ale musiala Slask zaraz opuscic, ja przestalem byc uczniem gimnazjum. W dodatku ojciec i ja znalezlismy sie we Lwowie odgrodzeni kordonem od reszty rodziny skupionej w domu w Kroscienku nad Dunajcem.
Chodzilem do lwowskiego gimnazjum ale klasa bardzo przerzedzila sie wywozkami na Wschod, ktore objely nawet nauczycielke bardzo politycznie ukladna jako czlonkinie podziemia komunistycznego w niepodleglej Polsce. Podobno byla w odlamie sprzyjajacym Trockiemu i pewnie dlatego ja zabrano. Zycie nasze we Lwowie z ojcem skladalo sie w duzej mierze ze stania w wielkich kolejkach za wszystkim, a przeciez zima byla wyjatkowo mrozna. Noce byly pelne obaw czy i kiedy po nas przyjda.I rzeczywiscie przyszli ale okazalo sie ze pomylili adres. Ostatecznie z wielkimi perypetiami udalo nam sie legalnie przekroczyc San i wrocic do Kroscienka, gdzie wszyscy razem spedzalismy wakacje jeszcze kilka miesiecy wczesniej.
Wujek lekarz urzadzil sie w Nowym Targu i tam tez matka miala kancelarie adwokacka. Ja z dziadkami zostalem w Kroscienku nad Dunajcem i tam podjalem prace w Nadlesnictwie a zarazem kierownictwie parku narodowego. Glownie uzywano mnie do administrowania magazynem ale takze mialem swoj rewir lesny, zreszta uroczy i niedaleki w stosunku do naszego domu rodzinnego. Nadlesniczy, Ukrainiec z pochodzenia ale ozeniony z Polka, byl dla mnie dosc laskawy choc zrzeda. Wymagal ode mnie miedzy innymi chodzenie czesto do odleglej o kilka kilometrow porzuconej cegielni i tam kopalem gline aby znalezc resztki przedlodowcowych drzew. Znany naukowiec, profesor Szafer, te resztki potrzebowal do swojej pracy naukowej i szereg lat potem podziekowal za nie w swej ksiazce nadlesniczemu ale nie mnie. Pewnie wogole nie wiedzial, ze zrobilem te cala robote, za ktora nic przeciez nie mialem. Od tego czasu sam zawsze starannie dziekuje za to co inni dla mnie robia.
Gdy nadarzyla sie mozliwosc uczenia sie w nowo-otworzonej nowotarskiej szkole wodno-melioracyjnej, ktorej kierownikiem na poczatku byl moj ojciec, zaraz zapisalem sie tam. Uczylismy sie tam wszyscy z mniejsza lub wieksza ochota, zwlaszcza ze przeciez okupant zamknal dla Polakow wszystkie szkoly srednie ogolnoksztalcace i wyzsze. Naogol mialem dobrych kolegow i te szkole mile wspominam. Im bardziej zaostrzala sie sytuacja wojenna tym wieksze tez bylo zagrozenie dla nas jako uczniow szkoly. Zmuszono nas do pracy budowlano-melioracyjnej w okresach wolnych od nauki aby nie prowokowac wladz niemieckich do wogole zamkniecia szkoly i wyslania nas gdzies daleko. Czesc z nas rowniez pobierala nauke zastepcza z programu gimnazjalnego, oczywiscie w ukryciu. Ja wtenczas zainteresowalem sie spoldzielczoscia gdyz moj kolega, pozniejszy chemik, mial takie wlasnie skrypty kursu zaocznego.
Nie przypadkiem wiec zaraz po wyzwoleniu, gdy zdalem mature w Krakowie, zapisalem sie w Uniwersytecie Jagiellonskim nie tylko na geografie ale takze na studium spoldzielcze. Jesli idzie jeszcze o moje dziecinstwo, to wielka role w nim odegral moj kontakt z babka ze strony matki, nauczycielka francuskiego. Byla to osoba najbardziej zajmujaca sie mna, nieco zgorzkniala swym twardym losem rodzinnym, gdyz z siedmiu urodzonych przez nia dzieci tylko troje wyzylo. Ona miala zal do dosc nieodpowiedzialnego meza, nauczyciela laciny i greki. Byla wymagajaca w stosunku do mnie, co i dobrze. Zwracala uwage na dobre maniery, byla bardzo rzetelna i tego samego wymagala od otoczenia. Moj wujek lekarz dobrze dawal sobie rade w Nowym Targu i tam ozenil sie z warszawianka. Fakt, ze na miejscu byla rozgaleziona rodzina oczywiscie byl dodatni. Jednakze wszyscy ciagle zylismy wojna, ktora wdrazala sie w kazdy element naszego zycia w postaci nieustannych trudnosci zywnosciowych, niebezpieczenstwa zwiazanego z kupowaniem na lewo,a przede wszystkim naszym wlasnym bezpieczenstwem.
Jeszcze przed wzieciem mnie do przymusowego obozu pracy wybralismy sie razem z moim kolega szklonym na nartach gorami z Kroscienka do Nowego Targu. W zasadzie nam Polakom nie wolno bylo jezdzic na nartach ale niewiele ryzykowalismy, gdyz juz wtedy Niemcy raczej po lasach nie chodzili. Wycieczka byla doskonala ale ja zmeczylem sie chyba spadajaca mi jedna narta i zaskoczyla nas noc juz niezbyt daleko od schroniska, o czym zreszta nie wiedzielismy. Weszlismy do pustego szalasu pasterskiego i tam zrobilismy male ognisko przy ktorym przycupnelismy. Bylo zimno ale jakos przemeczylismy te noc i wczesnie rano znalezlismy sie w schronisku, gdzie juz bylo dobre spanie.
Kiedy wzieto mnie do przymusowego obozu pracy to juz nie byly zarty ale ciezka praca, nieraz na deszczu, bardzo marne jedzenie i przede wszystkim drastyczny podzial na niewielu uprzywilejowanych oraz represjonowana reszte. Opisalem ten stan rzeczy juz przedtem, wiec nie bede teraz powtarzal sie. Ale byl to czas rzeczywiscie przykry, tym bardziej ze zupelnie nie bylo wiadomo czy i kiedy nas zwolnia. Czasem udawalo sie dostac przepustke na odwiedzenia rodziny, ale to zalezalo od widzi-mi-sie nadzorcow.