
MYŚLMY POZYTYWNIE!

Ilu z nas powaznie zastanawia sie nad tym czy aby dostatecznie czesto i intensywnie mysli konstruktywnie a nie destruktywnie? Mam tutaj na mysli skoncentrowanie sie nad czymkolwiek uzytecznym zamiast zamartwiac sie tym, ze jakoby wszystko zle idzie, boli mnie glowa, nie chca mnie dostatecznie ci, na których mi zalezy, zycie jest nielitosciwe, jedzenie w garnku przypalilo sie, wakacje byly nie dosc przyjemne, ciemno wszedzie, co to bedzie?
Mozemy w naszym zyciu bardzo wiele przegrac jesli z góry pogodzimy sie zrzekomym zlym losem, skapcaniejemy, poddamy sie permanentnemu zlemu nastrojowi, zaczniemy nadmiernie zalowac samego siebie. Czy wogóle moze wygrac w zyciu ten, kto nie chce przezwyciezyc los, bo wszystko widzi na czarno? Bardzo wiele energii i przedsiebiorczosci marnuje sie tylko dlatego, ze ludzie nie potrafia zdobyc sie na dostateczna doze optymizmu, a nawet nie chca próbowac. Ja na przyklad w politycznie mrocznych czasach w PRL-u osmielilem sie zglosic sie jako kandydat na stypendium amerykanskie i nie tylko ze je niespodziewanie dostalem ale w dodatku wypuszczono mnie bezpartyjnego z PRLu, do którego zreszta dobrowolnie wrocilem gdyz tam mialem zone i malenkie dziecko. Moja obecna bardzo dorosla córka(wczoraj bylem z zona na jej wystawie obrazow) na pytanie gdzie Tata pokazywala na obrazek a nie na mnie zywego.
Prowadze do tego ogólnego wniosku ze to nieraz my sami nasza niewiara w dobry los ukrecamy glowe róznym przedsiewzieciom bo nie stac nas na odwage myslenia konstruktywnego. Tak dalece boimy sie przegranej, ze nawet nie chcemy spróbowac. Marzenia na jawie moga doskonale zastapic czyny, z tym ze wtedy napewne do niczego korzystnego nie dojdziemy i skonczy sie na dobrych checiach. Osobiscie w zyciu ponawialem próby osiagniecia tego lub innego i juz nawet malutko tego, co udalo sie osiagnac wysoce wzbogacilo moje zycie.
Zamiast petac sie po swiecie jako turysta podejmowalem zajecia w moim zawodzie i w rezultacie nagromadzilo mi sie sporo mniej lub bardziej interesujacych pobytów zagranicznych w róznych krajach, które zreszta przewaznie mile wspominam. Na przyklad uczac w Norwegii na jako tako sloneczne weekendy najmowalem samochód i jechalem na pobliskie fiordy drogami waskimi, kretymi i spadzistymi ale na tyle ostroznie ze nic zlego mi sie nie stalo. Mialem równiez dosc przyjemny kontakt z parafia katolicka zlozona glownie z Wietnamczyków ale takze z Polaków. Nawet publikowalem artykuly w polskojezycznym czasopismie wychodzacym w Oslo. Moje stosunki z kolegami i kolezankami norweskimi byly dobre: w moim miejscu pracy nieraz zapraszano mnie do wygloszenia pogadanki w czasie przerwy poludniowej gdy personel spozywal swe przyniesione z domu kanapki. Instytut, dla którego pracowalem wydal szereg moich prac, co oczywiscie sprawilo mi duza przyjemnosc. Poza tym pojechalem na uczenie w Czechach, Slowacji, Wegrzech i Polsce. A wszystko to wyniklo po prostu z ogloszenia, na które pozytywnie zareagowalem. Gdybym z góry zalozyl, ze nie uda mi sie dostac takiej posady, to oczywiscie nic nie byloby z tego. Nigdy nie gram na zadnych loteriach a natomiast staram sie o posady, których szansa staje sie zreszta coraz bardziej nikla ze wzgledu na posuwajacy sie wiek.
Reasumujac prowadze do tego, ze to my sami nieraz wiele tracimy nie próbujac tego lub tamtego gdyz nie stac nas na wypróbowanie wlasnych mozliwosci. Trzeba miec sporo fantazji aby wymyslec dla siebie rózne mozliwosci. Ciekawe jest w tym wzgledzie jak dalece sa pomyslowi polscy marynarze znajdujacy sobie nawet egzotyczne zajecia byle tylko plywac, zarabiac, zwiedzac, rozszerzac horyzont swoich mozliwosci zarobkowych. Mialem w domu takiego wlasnie marynarza o bardzo szerokim wachlarzu umiejetnosci, wlacznie z naprawa moich plotów i drzwi. "Jak sie nie ma co sie lubi, to sie lubi co sie ma!!!!"